
Radni powiatu kamieńskiego przyjęli wyższe stawki dla rodzin zastępczych zawodowych, prowadzących rodzinne domy dziecka i rodzin pomocowych. Za tą decyzją nie stoi jednak zwykła korekta wynagrodzeń, ale narastający kryzys, który podczas sesji nazwano wprost. Dzieci wymagających pilnego zabezpieczenia jest coraz więcej, chętnych do prowadzenia rodzinnej pieczy zastępczej coraz mniej, a biologiczni rodzice nierzadko nie płacą nic, bywają roszczeniowi i potrafią atakować tych, którzy przejmują opiekę nad ich dziećmi. W tle są też dramatyczne obrazy zaniedbania, wydłużające się adopcje i pytanie, czy państwo nadąża jeszcze za rzeczywistością.
To nie była zwykła uchwała o pieniądzach
Sesja Rady Powiatu w Kamieniu Pomorskim pokazała, że temat pieczy zastępczej przestał być już wyłącznie urzędową sprawą, którą da się opisać jednym projektem uchwały i krótką dyskusją. Podniesienie stawek dla rodzin zastępczych zawodowych, rodzinnych domów dziecka i rodzin pomocowych zostało przyjęte, ale tak naprawdę było tylko punktem wyjścia do znacznie poważniejszej rozmowy.
Bo dziś w powiecie nie chodzi jedynie o to, ile powinny zarabiać osoby, które biorą na siebie opiekę nad dziećmi po traumach, zaniedbaniach i przemocy. Chodzi o to, że system zaczyna się zatykać. Dzieci, które trzeba zabrać z rodzin biologicznych, nie znikają w statystyce. Trzeba je gdzieś przewieźć, przyjąć, nakarmić, ubrać, uspokoić i dać im choć namiastkę bezpieczeństwa. A do tego potrzebni są konkretni ludzie i konkretne miejsca.
W czasie obrad nikt nie próbował już pudrować rzeczywistości. Padały słowa o katastrofalnej sytuacji w części gmin, o narastających interwencjach, o bezradności wobec rodzin, które od dawna nie pełnią swoich podstawowych funkcji opiekuńczych. Padały też zdania gorzkie, niewygodne, ale bardzo prawdziwe.
„My jesteśmy na końcu tego łańcucha”
Krystian Sominka, dyrektor Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie, mówił wprost, że PCPR nie wchodzi do sprawy na początku. Zanim dochodzi do odebrania dziecka, wcześniej jest jeszcze praca asystenta rodziny, kuratora, pomoc społeczna, próby naprawy sytuacji w domu. Dopiero gdy to wszystko nie działa, a zamiast poprawy pojawia się regres, zapada decyzja, którą ktoś musi wykonać.
– My zabieramy dzieci z rodzin biologicznych. Praca asystenta rodziny, praca kuratora może trwać, ale jeśli jest ciągły regres, to ja jestem na końcu tego łańcucha, który musi postanowienie wykonać – mówił podczas sesji.
To zdanie dobrze ustawia całą skalę problemu. Piecza zastępcza nie jest pierwszym etapem pomocy, ale ostatnim zabezpieczeniem, kiedy wszystko inne zawiodło. I właśnie dlatego sytuacja robi się tak dramatyczna, gdy liczba interwencji rośnie szybko, a wolnych miejsc nie przybywa. Sominka przywoływał konkretne przykłady ostatnich dni, mówiąc o kolejnych dzieciach odbieranych z jednej gminy w bardzo krótkim czasie. Dla systemu oznacza to ciągłą pracę pod presją: bez luksusu planowania, bez pewności, że jutro nie pojawi się kolejne postanowienie.

To nie bieda. To zaniedbanie, chaos i brak elementarnej opieki
Jednym z najmocniejszych wątków całej debaty było wyraźne odcięcie się od prostego tłumaczenia, że dzieci odbierane są z domów wyłącznie z powodów ekonomicznych. Krystian Sominka podkreślał, że ten obraz jest fałszywy.
– Jeżeli mamy interwencję w rodzinach, to nie z powodów ekonomicznych. My nie zabieramy, bo brakowało wyżywienia, dzieci nie pojechały do okulisty. Nie. To jest niezaradność życiowa, brak opieki, doprowadzenie mieszkania do takiego stanu, że państwo tego nawet nie widzieliście w telewizji – mówił dyrektor PCPR.
To ważne rozróżnienie. Nie chodzi o sytuacje, w których rodzinie chwilowo brakuje pieniędzy i potrzebuje wsparcia. Chodzi o domy, w których dzieci funkcjonują w chaosie, brudzie, zaniedbaniu, bez nadzoru, bez podstawowych warunków do życia. Chodzi o rozpad codziennej opieki, o sytuacje, w których nie ma już nawet mowy o bezpiecznym dzieciństwie. Te słowa mocno uzupełnił starosta Malec, który również nie pozostawił złudzeń, z jakich warunków zabierane bywają dzieci.
– Naprawdę trudno o tym mówić. Nie chciałbym wejść do takiego mieszkania i tam być. Z takich warunków zabierane są dzieci. Mówimy o sytuacjach, w których czteroletnie dziecko nie ma dostępu do toalety i załatwia się na podłodze – mówił. To nie są obrazy „z biedy”. To obrazy skrajnego zaniedbania. I właśnie z takich domów dzieci trafiają później do pieczy zastępczej.
Rodzice dostają świadczenia, ale dzieci nadal są zaniedbane
W czasie dyskusji mocno wybrzmiał także wątek sposobu wydawania publicznych pieniędzy trafiających do części rodzin. Krystian Sominka zwracał uwagę, że obecny model wsparcia często nie daje gwarancji, że pieniądze rzeczywiście pracują na rzecz dziecka.
W jego ocenie świadczenia w większym stopniu powinny być kierowane celowo, a nie wypłacane w formie gotówki, do której rodzic ma pełny dostęp bez kontroli efektu. Padały propozycje, by część takiego wsparcia była od razu przeznaczana na konkretne potrzeby dziecka: zajęcia dodatkowe, języki, rozwój, sport, wyposażenie czy opłacone usługi. – Te pieniążki są po prostu wydawane na rodziców przyjemności, a dzieci są w złym stanie. Źle ubrane, nieprzygotowane – mówił Sominka.
To kolejny gorzki element całego obrazu. Bo z jednej strony system przekazuje rodzinom środki, a z drugiej później interweniuje, kiedy okazuje się, że dzieci nadal żyją w zaniedbaniu.
Rodzice nie płacą. A utrzymanie dzieci spada na wszystkich
Równie mocno wybrzmiał temat odpowiedzialności finansowej rodziców biologicznych. Formalnie są oni zobowiązani do partycypowania w kosztach utrzymania dzieci umieszczonych w pieczy zastępczej czy placówkach. W praktyce jednak z tą odpowiedzialnością bywa fatalnie.

Krystian Sominka mówił wprost, że rodzice zwyczajnie nie płacą. Albo płacą symbolicznie. Powiat prowadzi windykację, wysyła upomnienia, wszczyna procedury, ale skuteczność bywa znikoma. Najczęściej chodzi o rodziny obciążone uzależnieniami, niestabilnym trybem życia, pracą dorywczą, brakiem dochodów albo funkcjonowaniem poza systemem. – Nie płacą, proszę państwa – mówił bez ogródek dyrektor PCPR.
W praktyce oznacza to, że pełen ciężar utrzymania dzieci trafiających do pieczy zastępczej przejmuje samorząd. A więc pośrednio wszyscy mieszkańcy. To powiat finansuje opiekę, terapię, codzienne funkcjonowanie, zabezpieczenie potrzeb, a rodzice biologiczni bardzo często nie wywiązują się z niczego. Jeszcze bardziej frustrujące jest to, że nawet jeśli wiadomo, iż rodzice pracują za granicą, odzyskanie pieniędzy nadal bywa bardzo trudne. Procedury istnieją, ale ich skuteczność w wielu przypadkach okazuje się iluzoryczna.
Roszczeniowość zamiast odpowiedzialności
Jednym z najbardziej drażliwych, ale też najmocniej wybrzmiewających elementów sesyjnej dyskusji był stosunek części biologicznych rodziców do rodzin zastępczych i wychowawców. Padły słowa, że są to często osoby, które nie płacą na własne dzieci, nie zapewniły im bezpieczeństwa, zaniedbały swoje obowiązki, a mimo to potrafią przyjmować roszczeniową postawę wobec tych, którzy przejęli opiekę. Zamiast współpracy i refleksji pojawiają się pretensje, żądania, konflikty, a bywa, że również ataki słowne na wychowawców i opiekunów.
To jeden z najbardziej obciążających elementów całego systemu. Bo rodzina zastępcza czy wychowawca już na starcie bierze na siebie ogromny ciężar: dziecko z traumą, z lękiem, często z problemami zdrowotnymi lub rozwojowymi, z bagażem przemocy albo zaniedbania. A do tego nierzadko dochodzi jeszcze agresja czy presja ze strony dorosłych, którzy wcześniej sami zawiedli. W tej rzeczywistości trudno się dziwić, że nowych chętnych do wchodzenia w system pieczy zastępczej nie ma wielu.
Pogotowie rodzinne działa wtedy, gdy nie ma czasu na nic
Ważnym elementem debaty był także temat zawodowej rodziny zastępczej pełniącej funkcję pogotowia rodzinnego. To właśnie ta forma pieczy staje się pierwszym bezpiecznym miejscem dla dziecka wtedy, gdy interwencja musi być natychmiastowa. Krystian Sominka tłumaczył, że jeśli policja puka do drzwi i okazuje się, że dziecka nie można zostawić w domu ani minuty dłużej, musi istnieć miejsce gotowe na przyjęcie go od razu. Nie rano. Nie jutro. Nie po weekendzie. Natychmiast.
– Jeżeli coś się dzieje, o każdej porze dnia i nocy jadą, zostawiając wszystko. Pogotowie jest przygotowane dla małych dzieci, mają mleko, mają apteczki, mają wszystko – mówił dyrektor PCPR.
To właśnie pogotowie rodzinne daje systemowi czas. Zgodnie z przepisami dziecko może przebywać w takiej formie pieczy przez określony czas, zanim zostanie skierowane dalej – do rodziny zastępczej, rodzinnego domu dziecka czy innej formy opieki. W teorii ma to być rozwiązanie przejściowe. W praktyce, przy narastających problemach, dzieci zostają tam często dłużej, bo zwyczajnie nie ma dokąd ich przenieść. Sominka mówił też o sytuacjach, które pokazują, że system musi reagować nie tylko na wieloletnie kryzysy rodzinne, ale również na skrajną nieodpowiedzialność tu i teraz.
– Mówimy też o takich sytuacjach, kiedy matka wychodzi na imprezę i zostawia dziecko samo. Wtedy nie ma czasu na zastanawianie się, tylko trzeba działać od razu – podkreślał.
Takie przypadki pokazują, jak bardzo potrzebna jest interwencyjna forma pieczy. Bo nie każde zagrożenie narasta miesiącami. Czasem wystarczy jedna noc, jedna decyzja dorosłego, jedno porzucenie dziecka na kilka godzin, by uruchomić cały alarmowy mechanizm.
Wyższe stawki mają być zachętą, nie prezentem
W tym kontekście decyzja rady o podniesieniu stawek dla rodzin zastępczych zawodowych, rodzinnych domów dziecka i rodzin pomocowych nabiera zupełnie innego znaczenia. To nie jest luksus ani forma nagrody. To próba ratowania systemu, który bez nowych ludzi po prostu nie będzie miał gdzie umieszczać dzieci. Podczas dyskusji padały głosy, że dotychczasowe pieniądze przestały być realnym argumentem. Opieka nad dziećmi po przejściach nie jest pracą od ósmej do szesnastej. To służba całodobowa, wymagająca odporności psychicznej, doświadczenia, czasu i gotowości do życia pod ciągłym napięciem.
Mówiono też o tym, że jeśli powiat chce przyciągnąć nowe osoby, musi dać im nie tylko poczucie misji, ale również stabilność finansową. Bo bez tego trudno oczekiwać, że ktoś zdecyduje się prowadzić rodzinny dom dziecka, mając do dyspozycji niewystarczające środki i pełną odpowiedzialność za kilka cudzych istnień.
W dyskusji pojawił się też temat lokali i nieruchomości, które można byłoby przeznaczyć na cele pieczy zastępczej. Padały konkretne pomysły dotyczące istniejących obiektów, ale szybko okazało się, że nawet jeśli coś wydaje się oczywiste na pierwszy rzut oka, w praktyce wszystko rozbija się o procedury. Przewodniczący Rady Powiatu Adam Celiński zwracał uwagę na bariery wynikające z prawa budowlanego, zmiany sposobu użytkowania budynków, konieczności uzyskiwania nowych ekspertyz, dostosowania do wymogów sanitarnych i przeciwpożarowych.

– W naszym, momentami kuriozalnym, prawie budowlanym okazuje się, że to, iż kiedyś były tam dzieci, dziś już nie ma znaczenia. Jest inny sposób użytkowania i znowu wracają sprawy bezpieczeństwa, sanepidu i straży pożarnej – mówił.
To właśnie dlatego wiele pomysłów, które wydają się rozsądne, przeciąga się miesiącami. A dzieci, jak przypominano podczas sesji, nie mogą czekać na zakończenie formalności. Celiński zwracał uwagę także na coś jeszcze: jeśli już dochodzi do odebrania dziecka z domu rodzinnego, nie wystarczy po prostu znaleźć wolne łóżko.
– Najistotniejsze jest to, aby dzieci, jeśli zostaną odebrane z domu rodzinnego, trafiły w środowisko, które jest dla nich stabilne życiowo i emocjonalnie – podkreślał.
To bardzo ważny akcent. W całej tej debacie nie chodzi tylko o logistykę, koszty i liczbę miejsc. Chodzi o to, by dziecko po kolejnym wstrząsie nie trafiało do następnej prowizorki. Dlatego tak istotne jest, by rodziny zastępcze czy prowadzący rodzinne domy dziecka byli ludźmi trwałymi w swoich decyzjach, świadomymi konsekwencji i gotowymi na długą drogę, a nie wyłącznie na chwilowe zaangażowanie.
„Dziś ludzie wolą kotka czy pieska niż dziecko”
Jednym z najmocniejszych zdań, jakie padły podczas sesji, była uwaga Krystiana Sominki o zmianie społecznych priorytetów. – Dziś ludzie wolą mieć psa czy kotka niż dzieci – powiedział dyrektor PCPR.
To zdanie może brzmieć ostro, ale dobrze oddaje problem, z którym mierzy się piecza zastępcza. Coraz trudniej znaleźć osoby gotowe poświęcić swój czas, prywatność, spokój i komfort dla dzieci, które nie wchodzą do domu z „czystą kartą”, lecz z doświadczeniem krzywdy, lęku, zaniedbania i często bardzo trudnych zachowań. W praktyce oznacza to, że nawet jeśli są pieniądze, nawet jeśli jest uchwała, nawet jeśli jest polityczna wola, to brakuje najważniejszego zasobu: ludzi.
„Wartości rodzinne upadły”
Do szerszego tła społecznego odnosiła się także Małgorzata Michałowska. Jej wypowiedź pokazywała, że problem nie sprowadza się wyłącznie do złych decyzji pojedynczych rodzin czy niewystarczających pieniędzy. –Wartości rodzinne upadły – mówiła.
Podkreślała, że całe pokolenie weszło w dorosłość w realiach, w których najpierw kazano stawiać na edukację, studia, karierę zawodową i budowanie pozycji, a dopiero później myśleć o rodzinie. Czas się przesunął, role się pozmieniały, a skutki tego widoczne są dziś nie tylko w statystykach demograficznych, ale także w osłabieniu gotowości do brania odpowiedzialności za drugiego człowieka. To ważny głos, bo pokazuje, że kryzys pieczy zastępczej nie rodzi się w chwili, gdy dziecko trafia do PCPR. On zaczyna się dużo wcześniej – w przemianach społecznych, rozpadzie więzi, osłabieniu wspólnotowości i w przekonaniu, że życie rodzinne można odkładać bez końca.

Adopcje trwają za długo. System się przez to korkuje
Krystian Sominka zwracał uwagę również na problem adopcji. W jego ocenie procedury już dziś trwają długo, a planowane zmiany mogą je jeszcze bardziej wydłużyć. – Proces adopcyjny trwa bardzo długo, a za chwilę będzie trwał jeszcze dłużej – alarmował.
To ma bezpośredni wpływ na cały system. Bo jeśli adopcje się opóźniają, dzieci dłużej pozostają w pieczy instytucjonalnej albo rodzinnej. A jeśli nie opuszczają systemu, nie robi się miejsce dla kolejnych. Sominka krytycznie oceniał także zapowiedzi ograniczania ośrodków preadopcyjnych. Przypominał sytuacje, w których bardzo małe dzieci trzeba było wywozić daleko poza region, bo bliżej nie było dla nich miejsca. W jego ocenie to kierunek odwrotny do realnych potrzeb powiatów.
Deinstytucjonalizacja na papierze, rzeczywistość na ziemi
W tle całej sesji wracał również temat deinstytucjonalizacji, czyli odchodzenia od placówek na rzecz rodzinnych form opieki. Sama idea wydaje się słuszna – każde dziecko powinno dorastać jak najbliżej normalnego domu. Problem polega na tym, że rzeczywistość nie nadąża za hasłami. Rodzin brakuje. Chętnych jest za mało. Interwencji nie ubywa. Procedury się wydłużają. Budynki nie spełniają wymogów albo nie ma komu w nich pracować. I w efekcie samorządy słyszą, że powinny wygaszać instytucje, choć równolegle nie dostają wystarczająco mocnego wsparcia, by zbudować skuteczną alternatywę.
To właśnie stąd bierze się frustracja obecna w tej debacie. Nie z niechęci do zmian, ale z poczucia, że polityczne hasła rozmijają się z codziennością.W czasie sesji padły także gorzkie słowa o tym, że nie wszystkie problemy udaje się zatrzymać na poziomie gmin. To właśnie tam powinna zaczynać się skuteczna praca z rodziną, zanim dojdzie do sytuacji granicznej. Jeśli ten etap zawodzi, później cała presja spada na PCPR, sąd, placówki i rodziny zastępcze. A wtedy nie ma już miejsca na spokojne naprawianie sytuacji. Zostaje działanie kryzysowe. Szybkie. Interwencyjne. Często dramatyczne.













2 komentarzy
Anonim mówi:
kwi 22, 2026
o godzinie 16:00
MY MAMY CHOMIKI I RYBKI
Anonim mówi:
kwi 22, 2026
o godzinie 15:40
A ile pani Michałowska ma dzieci? Ze tak mówi o zepsuciu