
Trudno uwierzyć, że żona pastora – człowieka cieszącego się ogromnym autorytetem i będącego duchowym przywódcą lokalnej społeczności – mogła zostać oskarżona o uprawianie czarów i skazana na śmierć. A jednak właśnie taka tragedia rozegrała się ponad czterysta lat temu we Wrzosowie, dawnym Fritzow.
Dziś mało kto pamięta nie tylko o tym wydarzeniu, ale również o samym kościele, który przez stulecia był centrum życia wsi. Nie pozostał po nim właściwie żaden ślad.
W samym sercu dzisiejszego Wrzosowa znajduje się niewielkie wyniesienie terenu z kilkoma ławkami i betonowym pomnikiem upamiętniającym walki z marca i kwietnia 1945 roku. Dla większości mieszkańców jest to zwykły skwer.

Niewielu zdaje sobie sprawę, że właśnie tutaj przez kilkaset lat stał kościół parafialny pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny – najważniejsza budowla wsi, miejsce modlitwy, spotkań i najważniejszych wydarzeń w życiu mieszkańców. Patronat nad świątynią sprawował znany pomorski ród von Putkamerów.
W średniowieczu i czasach nowożytnych kościół był nie tylko miejscem kultu religijnego, ale także centrum życia społecznego. Tutaj chrzczono dzieci, zawierano małżeństwa, żegnano zmarłych, ogłaszano ważne decyzje i spotykała się cała lokalna wspólnota. To właśnie wokół kościoła koncentrowało się życie Wrzosowa.

Historia świątyni sięga XIV wieku. O jej średniowiecznym rodowodzie świadczył między innymi nagrobek Franza von Demera i jego żony z datą 1388. Kościół zbudowano z kamienia polnego i cegły, otoczono cmentarzem oraz kamiennym murem. Jednym z najcenniejszych elementów wyposażenia była wczesnogotycka kamienna chrzcielnica z XIV wieku, która szczęśliwie przetrwała i jeszcze przed wojną trafiła do muzeum.
Na przestrzeni wieków kościół wielokrotnie przebudowywano. W 1591 roku przebudowano drewnianą wieżę, natomiast w latach 1671–1678 wnętrze ozdobiono polichromiami wykonanymi przez Joachima Sellina z Wolina. W tym samym czasie kościół wzbogacił się o nową ambonę i niezwykle efektownego anioła chrzcielnego, wyrzeźbionego przez Martina Edelbeera z Kołobrzegu.To właśnie z tym kościołem związana jest jedna z najbardziej niezwykłych i tragicznych historii w dziejach Pomorza.
9 grudnia 1602 roku spalono żonę miejscowego pastora Johanna Schünemanna oraz jej siostrę. Obie zostały oskarżone o uprawianie czarów. Egzekucję wykonano na pobliskim wzgórzu Galgenberg – „Górze Szubienicznej”, położonej w pobliżu Wrzosowa. Było to miejsce wykonywania wyroków śmierci, które przez stulecia budziło grozę wśród okolicznych mieszkańców. W XIX wieku wzgórze zostało zniwelowane i dziś nie odnajdziemy go już w krajobrazie, jednak jego ponura historia nie powinna zostać zapomniana.

Można przypuszczać, że wcześniej kobiety stanęły przed sądem w Kamieniu Pomorskim. Na terenach należących do kapituły kamieńskiej funkcjonowało sądownictwo rozpatrujące również sprawy o czary. Po ogłoszeniu wyroku skazane trafiły na Galgenberg, gdzie wykonano karę spalenia na stosie.
Jeszcze więcej pytań rodzi los samego pastora Johanna Schünemanna. Jak zareagował na skazanie własnej żony? Czy próbował ją ratować, czy też – podobnie jak wielu duchownych swojej epoki – uznał wyrok za sprawiedliwy? Nie wiemy również, jak po tej tragedii wyglądała jego dalsza posługa. Czy nadal cieszył się szacunkiem parafian, czy też wydarzenia z 1602 roku odcisnęły trwałe piętno na jego życiu?
Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to niewyobrażalne. Trzeba jednak pamiętać, że początek XVII wieku był czasem, gdy wiara w istnienie diabła, demonów i czarów była powszechna. Dotyczyło to nie tylko zwykłych mieszkańców, ale również duchownych. Pastorzy luterańscy, podobnie jak duchowieństwo katolickie, głosili kazania przestrzegające przed działaniem szatana i traktowali walkę z czarami jako element obrony chrześcijańskiego porządku. W takim świecie nawet żona pastora nie była wolna od podejrzeń. To właśnie dlatego historia ta do dziś budzi tak wiele emocji.
W XVIII wieku świątynię znacznie rozbudowano. W 1747 roku powiększono nawę, rozebrano dawny sklepiony chór, dobudowano zakrystię oraz kryptę grobową, a od strony północnej powstała loża patronacka rodu von Putkamerów.

Kościół posiadał również niezwykle bogate wyposażenie. Znajdowały się w nim organy z 1842 roku, liczne naczynia liturgiczne, tablice pamiątkowe, żyrandole oraz cenne wyroby złotnicze. Jednym z najciekawszych zabytków był srebrny, złocony kielich z XVII wieku z inskrypcją:
„DISER KELCH IST DVRCH ZVTAT DER KIRCHEN FRITZOW VND FROMER CHRISTEN AVF BEFODERUNG DES PASTORIS ERN VLRICI MAGIRI AO 1634 DEN 4 MAI…”
Na jego nodze znajdował się napis „IHESVS”. W świątyni przechowywano również starszy kielich ozdobiony herbem rodu von Putkamerów i napisem „NICOLAUS PUTTKAMER”, a także złocone pateny, puszki na komunikanty i bogato haftowane szaty liturgiczne, w tym XVIII-wieczny ornat wykonany z kosztownej złotolitej tkaniny.
Kościół otaczał cmentarz z licznymi nagrobkami i żelaznymi krzyżami. Na zachowanej fotografii Adolfa Bartelta widoczny jest mur cmentarny z tablicami poświęconymi mieszkańcom poległym podczas I wojny światowej. Jeszcze do niedawna na terenie dawnego cmentarza można było odnaleźć pojedyncze nagrobki.
W 1840 roku świątynię strawił pożar. Ocalały jedynie mury. Odbudowano ją, wznosząc nową masywną wieżę, a trzy lata później ukończono odnowione wnętrze. W 1933 roku wykonano nowe polichromie. Wydawało się, że kościół będzie służył kolejnym pokoleniom mieszkańców.
Jego los został jednak ostatecznie przypieczętowany podczas II wojny światowej. W marcu 1945 roku, w czasie ciężkich walk o te tereny, świątynia została zniszczona. Bezpowrotnie przepadło również całe jej wyposażenie – ołtarze, ambona, organy, naczynia liturgiczne i dzieła sztuki gromadzone przez stulecia.
W okolicach Wrzosowa ranny został wówczas także młody oficer Wojska Polskiego – Wojciech Jaruzelski.

Dziś po kościele nie pozostało praktycznie nic. Z lotu ptaka można dostrzec jedynie delikatne wyniesienie terenu, wyznaczające dawny obrys świątyni i cmentarza. W miejscu, gdzie przez wieki rozbrzmiewały dźwięki dzwonów i modlitwy mieszkańców, stoi dziś betonowy pomnik z okresu Polski Ludowej, a wokół ustawiono ławki.
Coraz mniej osób pamięta, że właśnie tutaj znajdowało się serce dawnego Wrzosowa. To wokół kościoła koncentrowało się życie religijne, społeczne i rodzinne mieszkańców. Dziś nie pozostał po nim niemal żaden materialny ślad. Jedynie archiwalne dokumenty, stare fotografie i nieliczne opisy przypominają, że przez kilkaset lat stała tutaj świątynia, która wyznaczała rytm życia całej miejscowości.
Grzegorz Kurka
















5 komentarzy
Anonim mówi:
lip 20, 2026
o godzinie 23:56
„Legendy , sensacje, wraki , wampiry i inne farmazony” – propozycja tytułu książki.
Anonim mówi:
lip 20, 2026
o godzinie 23:51
Beznadziejny styl
Anonim mówi:
lip 20, 2026
o godzinie 23:18
Lepiej poczytać coś ciekawego niż ten ociekający faktem hejt.
Anonim mówi:
lip 20, 2026
o godzinie 20:16
ALE JAJA
Anonim mówi:
lip 20, 2026
o godzinie 19:33
Co za bzdury .
Anonim mówi:
lip 20, 2026
o godzinie 23:15
To nie bzdury
Anonim mówi:
lip 20, 2026
o godzinie 19:06
Taka to polityka Niemiec. Zatracenie i okrucieństwa.
Anonim mówi:
lip 20, 2026
o godzinie 19:01
Jest takie miejsce we wsi, gdzie pod klepiskiem zakopano dużo i to dość głęboko. Leży tam do dziś, nikt jeszcze na tym łap nie położył.
Anonim mówi:
lip 20, 2026
o godzinie 23:17
Każda wieś czy osada ma swoją historię czy legendę.
Anonim mówi:
lip 20, 2026
o godzinie 18:48
Góra szubieniczna jest koło Chrząstowa – straszono dzieci i opowiadano że dusze powieszonych czarownic błąkają się po lesie wokół tej górki.Przynajmniej rodzice wiedzieli jak skutecznie ” straszyć ” dzieci. Albo nam te opowieści wydawały się „straszne”