Nie lubi mikrofonów, dyskusji, nad którą nie ma kontroli, a – jak się okazało – także aparatów. Radny Jacek Golusda, niczym Don Kichot z filiżanką zamiast kopii, dwoił się i troił, aby utrudnić pracę mediom, które jako jedyne od 15 lat nieprzerwanie relacjonują lokalne sesje Rady Miejskiej.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że radny Golusda od początku tej kadencji nie pogodził się z nową rzeczywistością. Nie pełni już funkcji przewodniczącego rady, ale momentami zachowuje się tak, jakby nadal chciał prowadzić obrady, decydować o ich tempie, kontrolować dyskusję i wskazywać, kto, kiedy oraz w jaki sposób może zabierać głos.

Tyle że sesja rady nie jest prywatnym spotkaniem. To przestrzeń publiczna. Miejsce, w którym mieszkańcy mają prawo słuchać, patrzeć, pytać i wiedzieć, jak zachowują się ich przedstawiciele. Golusda wszedł na sesję z impetem. Wyciągnął torbę, rozłożył laptopa i od pierwszych chwil dał do zrozumienia, że jego obecność nie będzie ograniczać się wyłącznie do spokojnego udziału w obradach. Nie minęło kilka chwil, gdy czujny radny Leśniak niczym giermek Sanczo Pansa podpowiedział, aby mówił ciszej – bo tuż przed nim znajduje się mikrofon.

Co ciekawe, podobny mikrofon znajdował się również po drugiej stronie sali – tuż przy radnym Michale Sadowskim. Tam jednak najwyraźniej nie wzbudzał już takiego niepokoju. Problemem stał się dopiero ten, który mógł zarejestrować to, co działo się przy radnym Golusdzie. Wtedy zaczęło się prawdziwe show w wykonaniu dyrektora i wieloletniego radnego…

Radny poszedł po filiżankę i przykrył nią redakcyjny mikrofon. Kiedy naczynie zostało zdjęte, Golusda położył je ponownie. W efekcie na środku sali pojawił się statyw z mikrofonem – bo skoro filiżanka stała się narzędziem walki z mediami nagrywaniem, trzeba było znaleźć rozwiązanie bardziej odporne na porcelanową ofensywę Golusdy.

To był obrazek symboliczny. Wieloletni samorządowiec, zamiast skupić się na meritum obrad, prowadził własną batalię z mikrofonem. Z przedmiotem, który nie komentuje, nie przeszkadza i nie zadaje pytań. Po prostu rejestruje rzeczywistość. Najwyraźniej właśnie to okazało się największym problemem. Radnemu nie spodobało się także robienie zdjęć. W pewnym momencie, wyraźnie poirytowany sytuacją, sam wyciągnął telefon komórkowy i również zaczął fotografować. Objaw frustracji? Bezsilności? Nerwów? Niech każdy oceni sam.

Fakty są jednak takie – Rada Miejska to nie prywatny folwark, a Jacek Golusda nie jest już przewodniczącym. Sesja to nie zamknięte spotkanie towarzyskie z kolegami. A mieszkańcy, dziennikarze i opinia publiczna nie są intruzami, których można uciszać, przestawiać albo przykrywać filiżanką. Od radnego z kilkunastoletnim stażem można wymagać więcej: spokoju, klasy, opanowania i zrozumienia. A jeśli komuś przeszkadza mikrofon, aparat, obecność mieszkańców i fakt, że sesja jest dokumentowana? Może warto zadać sobie pytanie, czy mandat radnego jest właściwym miejscem do rozładowywania własnych frustracji.