Miał być ekologiczny przełom, a coraz częściej słychać, że to po prostu kolejny sposób na sięganie do kieszeni zwykłych ludzi. System kaucyjny, reklamowany jako nowoczesne i prośrodowiskowe rozwiązanie, budzi coraz większe emocje. Krytycy alarmują, że pod hasłami o ratowaniu planety może kryć się kosztowny mechanizm, na którym zapłacą przede wszystkim konsumenci.

Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się proste. Kupując napój, klient widzi na paragonie dodatkowe 50 groszy kaucji. Ma oddać pustą butelkę lub puszkę i odzyskać pieniądze. Problem w tym, że to tylko najbardziej widoczna część całego układu. Prawdziwe koszty funkcjonowania systemu są schowane dużo głębiej i, jak wskazują krytycy, finalnie również zostaną przerzucone na obywateli.

Chodzi o całą logistyczną machinę: automaty, magazyny, transport, sortownie, systemy informatyczne, obsługę sklepów i operatorów. To wszystko kosztuje miliardy złotych. Oficjalnie rachunek mają płacić producenci oraz uczestnicy systemu, ale w praktyce nikt nie ma wątpliwości, że firmy odbiją sobie te wydatki w cenach produktów. Innymi słowy: klient zapłaci więcej już przy zakupie napoju, jeszcze zanim w ogóle zobaczy na paragonie doliczoną kaucję.

Właśnie dlatego coraz częściej pada zarzut, że Polacy będą płacić podwójnie. Raz — w wyższej cenie napoju, do której zostaną doliczone koszty obsługi całego systemu. Drugi raz — wtedy, gdy nie odzyskają kaucji, bo nie oddadzą opakowania, nie będą mieli gdzie tego zrobić albo zwyczajnie zrezygnują z fatygowania się po swoje 50 groszy.

Padają pytania o mieszkańców małych miejscowości i wsi, którzy do najbliższego punktu zwrotu mogą mieć kilka kilometrów. Wątpliwości dotyczą też seniorów, osób z niepełnosprawnościami czy podróżnych, którzy nie zawsze będą mieli realną możliwość łatwego oddania opakowania. W efekcie część pobranych kaucji może po prostu nigdy nie wrócić do konsumentów.

A to właśnie tu pojawiają się największe pieniądze. Jeśli znaczna część butelek i puszek nie zostanie zwrócona, w systemie zostaną setki milionów, a być może nawet miliardy złotych z nieodebranych kaucji. I właśnie ten mechanizm dla wielu osób jest najbardziej kontrowersyjny. Bo im więcej opakowań nie wróci, tym więcej pieniędzy zostanie w systemie. Dlatego przeciwnicy obecnego modelu mówią wprost: to nie wygląda jak wyłącznie ekologiczna reforma, lecz jak finansowa konstrukcja, która może premiować nie tyle skuteczny zwrot, co ludzką rezygnację, nieuwagę i brak dostępu do punktów odbioru.

Krytycy wskazują, że system miał być projektowany na podstawie badań i analiz, ale wiele decyzji budzi dziś wątpliwości. Pojawiają się pytania, czy państwo rzeczywiście wiedziało, jak będzie wyglądała dostępność punktów odbioru, jak długie będą łańcuchy transportowe i jaki będzie realny bilans ekologiczny całej operacji. Zwraca się też uwagę, że jeśli opakowania trzeba będzie wozić przez setki kilometrów, to hasło o ratowaniu klimatu zaczyna zderzać się z bardzo kosztowną i emisyjną rzeczywistością.

Kontrowersje budzi również sposób wypłacania środków. W części sklepów klient może nie dostać gotówki, lecz bon do wykorzystania na zakupy. Dla wielu osób to nie jest żaden zwrot pieniędzy, lecz sprytny sposób na zatrzymanie klienta w konkretnej sieci handlowej. Zamiast odzyskać własne pieniądze, konsument zostaje wciągnięty w kolejny mechanizm zakupowy.

W przestrzeni publicznej coraz częściej wybrzmiewa więc pytanie: czy system kaucyjny naprawdę został stworzony dla środowiska i obywateli, czy raczej dla dobrze ubranej w ekologiczne hasła machiny biznesowo-logistycznej? Bo jeśli klient płaci więcej za napój, wykłada kaucję przy kasie, ma problem z jej odzyskaniem, a niewykorzystane środki zostają w systemie, trudno dziwić się, że wielu ludzi mówi dziś wprost o „nabijaniu w butelkę”.