Dramatyczne obrazki pokazujące katastrofę ekologiczną na Odrze pojawiające się każdego dnia w mediach sprawiły, że klienci mniej ochoczo przyglądają się serwowanej rybie w smażalniach. – Ruch nam spadł prawie do zera. Ludzie boją się kupować ryb – mówi właściciel jednego z punktów. Dodaje, że nie ma się czego obawiać, bo punktach zazwyczaj podawane są mrożonki. 

Pierwsze sygnały o niepokojącym zjawisku na Odrze pojawiły się pod koniec lipca. Prawdziwy alarm wszczęto dopiero kilka dni później, kiedy okazało się że skala zjawiska jest ogromna, a w rzece pływają tony śniętych ryb. Od tej pory temat zatrutej Odry znajduje się na jedynkach serwisów informacyjnych i jest to informacja od której zaczynają się dzienniki w telewizjach. Nic dziwnego, że przełożyło się to na strach wśród amatorów smażonych rybek. Dla właścicieli smażalni oznacza tylko jedno: dramatyczny spadek ruchu.

– Ludzie nie chcą kupować ryby. Nic dziwnego, bo kiedyś każdy chwalił się, że ryby ma z własnego połowu. Chwyt marketingowy sprawił, ze niektórzy muszą zdrapywać to ze swoich reklam. My zawsze mieliśmy mrożonki. I co? Teraz nawet mrożonek nikt jeść nie chce. Sandacza sprowadzamy z Kazachstanu, Okonia z Rosji, Halibut czy Dorsz przecież też nie są z Bałtyku. To jest katastrofa – dodaje.

Spadek klientów dotyczy nie tylko smażalni serwujących mrożone ryby, ale także popularnych restauracji, które swoje produkty kupują u certyfikowanych hodowców.